Święty
Augustyn z Hippony pisał: „Świat jest książką, a ci, którzy nie podróżują
czytają tylko jedną jej stronę”. Przyglądając się poznańskim wolontariuszom
śmiało można powiedzieć, że z przyjemnością zanurzają się w lekturze
tej książki. Dowodem mogą być majowe wyprawy, które powoli stają się naszą
fundacyjną tradycją.
Dwanaście
miesięcy temu zorganizowaliśmy wypad do Wrocławia w poszukiwaniu
krasnali, w tym roku postawiliśmy na kontakt z naturą i aktywny
wypoczynek w Górach Izerskich. Gdzie wyruszymy za rok? Nie znamy
jeszcze odpowiedzi na to pytanie, ale chętnie powspominamy nasz ostatni wyjazd.
Pierwszego maja niektórzy z nas wstali skoro
świt, by już o 6:31 w pociągu jadącym do Jeleniej Góry pożegnać się
z Poznaniem na kilka dni (a co tam… miasto niech też od nas odpocznie).
Fakt, że wszystkie wagony były przepełnione oczywiście nikogo nie zdziwił – nam
dane było znaleźć się w grupie szczęśliwców mogących cieszyć się z miejsc siedzących.
Podróż umilali nam przebojowi harcerze, choć mam wrażenie, że jednemu z
nich nie do końca odpowiadało nasze towarzystwo (chyba poczucie humoru ekipy z
przedziału go odstraszyło). Za to Franek był genialny! Krajobraz na trasie
Jelenia Góra – Jakuszyce podziwialiśmy zza szyb autokaru. Ostatni zaś odcinek
naszej wyprawy do schroniska musieliśmy pokonać o własnych siłach. Ponieważ
każdy z nas marzył, aby jak najszybciej pozbyć się „plecakowych garbów” wybraliśmy
najkrótszą trasę wiodącą przez tzw. „samolot”. I tu już spotkały
nas pierwsze niespodzianki – śnieg i dwa strome podejścia. (A wystarczyło
wcześniej dokładniej przeanalizować mapę, by wiedzieć, że można wybrać ciut
dłuższą, ale łagodniejszą trasę.) Po kilkudziesięciu
minutach marszu dotarliśmy do położonego w spokojnym i pięknym otoczeniu
schroniska Orle, stanowiącego pozostałość starej hutniczej osady szklarskiej. Wieczorem
wybraliśmy się na spacer jednym z
okolicznych szlaków, który oczywiście zakończyliśmy w schroniskowym bufecie
zajadając się pysznymi racuchami i pierogami.
Na drugi dzień przewidzieliśmy
trasę biegnącą malowniczymi szlakami zarówno po polskiej jak i czeskiej stronie
Gór Izerskich. Pierwszym miłym akcentem było turystyczne przejście graniczne
i odbudowany w 2005 roku most na Izerze. Godzinę później staliśmy już na
szczycie Bukowca, jednego z najwyżej położonych wzniesień bazaltowych w Europie
(1005 m n.p.m), podziwiając przepiękną panoramę, w tym również osadę
Izerską - kolejny punkt wycieczki. Jako dowód naszej obecności zostawiliśmy
pamiątkowy wpis w magicznym zeszyciku. Izerka nie okazała się nader gościnną
miejscowością – wszystkie bary i sklepiki były pozamykane, a pasące się owce
niechętnie pozowały nam do zdjęć. Nic więc dziwnego, że nie zabawiliśmy tam
zbyt długo. Poza tym, chyba każdy z nas chciał jak najszybciej móc zachwycać
się grupą skał granitowych na wierzchołku Pytlácké Kameny oraz poczuć się
zdobywcą najwyższego szczytu czeskiej części Gór Izerskich o wdzięcznej
nazwie Smrk. Ta wznosząca się na wysokości 1124 m n.p.m. góra,
należąca do jednych z najważniejszych i najbardziej urokliwych w okolicy, zapewne na długo pozostanie
w naszych myślach. Niektórzy z nas zapamiętają mozolną drogę na szczyt (a
zwłaszcza ostatni kilometr), z kolei inni „bajeczny” widok z wieży widokowej. Powrotna
trasa osnuta była mgiełką (a ściślej mówiąc mgłą) tajemniczości.
Schronisko na Stogu Izerskim i sąsiadującą z nim kolej gondolową, Polanę Izerską
oraz upragnioną przez nas Chatkę Górzystów w gruncie rzeczy podziwialiśmy
tylko oczyma wyobraźni. No cóż… pogoda lubi czasem płatać figle.
W deszczowy piątek obraliśmy
azymut na Szklarską Porębę i Krucze Skały – dwie potężne baszty granitowe o
wysokości do 30 m, będące doskonałym punktem widokowym na Dolinę Kamiennej.
Tego dnia postanowiliśmy również wejść na Wysoki Kamień, górujący od zachodu
nad miastem szczyt o wysokości 1058 m n.p.m., z którego
rozciąga się jedna z najwspanialszych panoram w Sudetach. Niestety nie mogliśmy
przekonać się o tym osobiście ze względu na nienajlepszą pogodę i
ograniczoną przez to widoczność. Podobnie było w przypadku Zwaliska i Kopalni
Kwarcu „Stanisław”. Trochę rozczarowani wróciliśmy do schroniska, by ogrzać się przy kominku, posilić i
skosztować grzanego wina bądź piwa (w zależności od upodobań). Tam
od progu przywitała nas muzyka i śpiewy, do których oczywiście się
przyłączyliśmy (przynajmniej częściowo).
W sobotni poranek obudziły nas wpadające przez
okna promienie słoneczne. Hura! Mamy piękną pogodę! Idealną na wyprawę zarówno
do Harrachova jak i Świeradowa – tego dnia podzieliliśmy się na dwie ekipy
zmierzające w przeciwnych kierunkach. Ja razem z Olą, Różą i Anią ponownie
ruszyłyśmy na podbój Czech. Tym razem naszym celem był kompleks skoczni
narciarskich w Harrachovie. Niestety ze względu na ograniczenia czasowe nie
miałyśmy okazji zasiąść na belce startowej – mogłyśmy ją jedynie podziwiać z
krzesełek kolejki linowej (zawsze to coś). Prosto spod skoczni
pomaszerowałyśmy w kierunku Wodospadu Mumlavy, jednego z najatrakcyjniejszych
miejsc turystycznych w zachodniej części Karkonoskiego Parku Narodowego. Tutaj
przystanęłyśmy na chwilę na mostku by móc zasłuchać się w szum wody i
nabrać siły do dalszej wędrówki. Przed nami była bowiem już ostatnia atrakcja naszej
wyprawy – Szrenica, doskonały punkt widokowy na Kotlinę Jeleniogórską, Góry
Izerskie oraz czeskie Karkonosze.
Podczas gdy nasza czwórka poznawała kolejne
urokliwe zakątki górskie, pozostała część ekipy postawiła na bardziej
rozrywkowy sposób spędzenia wolnego czasu. W pierwszej kolejności pomaszerowali
do Świeradowa-Zdroju, by… napić się wody (wybaczcie mi ten sarkazm,
ale o pierwszej w nocy ludziom często dopisuje specyficzne poczucie
humoru). W drodze powrotnej zaś postanowili porządnie się najeść w Chatce
Górzystów – ach, jak ja Wam zazdroszczę tych naleśników… Dzięki sprzyjającej pogodzie mogli ujrzeć w
całej swojej okazałości Halę Izerską wraz z doliną rzeki Izery, Polanę
Izerską oraz ścieżkę astronomiczną – model Układu Słonecznego.
Na koniec dnia, jak przystało na górskich
wędrowników, miała miejsce kolejna integracja w schroniskowym bufecie przy
dźwiękach gitary, wzbogacona tym razem grą w kalambury. Korzystając z okazji
pozdrawiamy towarzystwo z Zielonej Góry (dziękujemy za śpiewnik!), Leszna,
Warszawy, Wrocławia i Pniew! - kto
wie, może kiedyś zajrzą na naszego bloga.
Niedziela to oczywiście jedna wielka podróż
powrotna do Poznania (i znajome twarze harcerzy na wrocławskim dworcu). Aż
żal wracać… Ale głowy do góry – za rok wymyślimy coś równie pasjonującego.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz