sobota, 25 maja 2013

W japonkach po górach



Święty Augustyn z Hippony pisał: „Świat jest książką, a ci, którzy nie podróżują czytają tylko jedną jej stronę”. Przyglądając się poznańskim wolontariuszom śmiało można powiedzieć, że z przyjemnością zanurzają się w lekturze tej książki. Dowodem mogą być majowe wyprawy, które powoli stają się naszą fundacyjną tradycją. 
Dwanaście miesięcy temu zorganizowaliśmy wypad do Wrocławia w poszukiwaniu krasnali, w tym roku postawiliśmy na kontakt z naturą i aktywny wypoczynek w Górach Izerskich. Gdzie wyruszymy za rok? Nie znamy jeszcze odpowiedzi na to pytanie, ale chętnie powspominamy nasz ostatni wyjazd.
  Pierwszego maja niektórzy z nas wstali skoro świt, by już o 6:31 w pociągu jadącym do Jeleniej Góry pożegnać się z Poznaniem na kilka dni (a co tam… miasto niech też od nas odpocznie). Fakt, że wszystkie wagony były przepełnione oczywiście nikogo nie zdziwił – nam dane było znaleźć się w grupie szczęśliwców mogących cieszyć się z miejsc siedzących. Podróż umilali nam przebojowi harcerze, choć mam wrażenie, że jednemu z nich nie do końca odpowiadało nasze towarzystwo (chyba poczucie humoru ekipy z przedziału go odstraszyło). Za to Franek był genialny! Krajobraz na trasie Jelenia Góra – Jakuszyce podziwialiśmy zza szyb autokaru. Ostatni zaś odcinek naszej wyprawy do schroniska musieliśmy pokonać o własnych siłach. Ponieważ każdy z nas marzył, aby jak najszybciej pozbyć się „plecakowych garbów” wybraliśmy najkrótszą trasę wiodącą przez  tzw. „samolot”. I tu już spotkały nas pierwsze niespodzianki – śnieg i dwa strome podejścia. (A wystarczyło wcześniej dokładniej przeanalizować mapę, by wiedzieć, że można wybrać ciut dłuższą, ale łagodniejszą trasę.)  Po kilkudziesięciu minutach marszu dotarliśmy do położonego w spokojnym i pięknym otoczeniu schroniska Orle, stanowiącego pozostałość starej hutniczej osady szklarskiej. Wieczorem wybraliśmy się na spacer  jednym z okolicznych szlaków, który oczywiście zakończyliśmy w schroniskowym bufecie zajadając się pysznymi racuchami i pierogami. 
 
Na drugi dzień przewidzieliśmy trasę biegnącą malowniczymi szlakami zarówno po polskiej jak i czeskiej stronie Gór Izerskich. Pierwszym miłym akcentem było turystyczne przejście graniczne i odbudowany w 2005 roku most na Izerze. Godzinę później staliśmy już na szczycie Bukowca, jednego z najwyżej położonych wzniesień bazaltowych w Europie (1005 m n.p.m), podziwiając przepiękną panoramę, w tym również osadę Izerską - kolejny punkt wycieczki. Jako dowód naszej obecności zostawiliśmy pamiątkowy wpis w magicznym zeszyciku. Izerka nie okazała się nader gościnną miejscowością – wszystkie bary i sklepiki były pozamykane, a pasące się owce niechętnie pozowały nam do zdjęć. Nic więc dziwnego, że nie zabawiliśmy tam zbyt długo. Poza tym, chyba każdy z nas chciał jak najszybciej móc zachwycać się grupą skał granitowych na wierzchołku Pytlácké Kameny oraz poczuć się zdobywcą najwyższego szczytu czeskiej części Gór Izerskich o wdzięcznej nazwie Smrk. Ta wznosząca się na wysokości 1124 m n.p.m. góra, należąca do jednych z najważniejszych i najbardziej urokliwych  w okolicy, zapewne na długo pozostanie w naszych myślach. Niektórzy z nas zapamiętają mozolną drogę na szczyt (a zwłaszcza ostatni kilometr), z kolei inni „bajeczny” widok z wieży widokowej. Powrotna trasa osnuta była mgiełką (a ściślej mówiąc mgłą) tajemniczości. Schronisko na Stogu Izerskim i sąsiadującą z nim kolej gondolową, Polanę Izerską oraz upragnioną przez nas Chatkę Górzystów w gruncie rzeczy podziwialiśmy tylko oczyma wyobraźni. No cóż… pogoda lubi czasem płatać figle.
W deszczowy piątek obraliśmy azymut na Szklarską Porębę i Krucze Skały – dwie potężne baszty granitowe o wysokości do 30 m, będące doskonałym punktem widokowym na Dolinę Kamiennej. Tego dnia postanowiliśmy również wejść na Wysoki Kamień, górujący od zachodu nad miastem szczyt o wysokości 1058 m n.p.m., z którego rozciąga się jedna z najwspanialszych panoram w Sudetach. Niestety nie mogliśmy przekonać się o tym osobiście ze względu na nienajlepszą pogodę i ograniczoną przez to widoczność. Podobnie było w przypadku Zwaliska i Kopalni Kwarcu „Stanisław”. Trochę rozczarowani wróciliśmy do schroniska, by ogrzać się przy kominku, posilić i skosztować grzanego wina bądź piwa (w zależności od upodobań). Tam od progu przywitała nas muzyka i śpiewy, do których oczywiście się przyłączyliśmy (przynajmniej częściowo).
W sobotni poranek obudziły nas wpadające przez okna promienie słoneczne. Hura! Mamy piękną pogodę! Idealną na wyprawę zarówno do Harrachova jak i Świeradowa – tego dnia podzieliliśmy się na dwie ekipy zmierzające w przeciwnych kierunkach. Ja razem z Olą, Różą i Anią ponownie ruszyłyśmy na podbój Czech. Tym razem naszym celem był kompleks skoczni narciarskich w Harrachovie. Niestety ze względu na ograniczenia czasowe nie miałyśmy okazji zasiąść na belce startowej – mogłyśmy ją jedynie podziwiać z krzesełek kolejki linowej (zawsze to coś). Prosto spod skoczni pomaszerowałyśmy w kierunku Wodospadu Mumlavy, jednego z najatrakcyjniejszych miejsc turystycznych w zachodniej części Karkonoskiego Parku Narodowego. Tutaj przystanęłyśmy na chwilę na mostku by móc zasłuchać się w szum wody i nabrać siły do dalszej wędrówki. Przed nami była bowiem już ostatnia atrakcja naszej wyprawy – Szrenica, doskonały punkt widokowy na Kotlinę Jeleniogórską, Góry Izerskie oraz czeskie Karkonosze.
Podczas gdy nasza czwórka poznawała kolejne urokliwe zakątki górskie, pozostała część ekipy postawiła na bardziej rozrywkowy sposób spędzenia wolnego czasu. W pierwszej kolejności pomaszerowali do Świeradowa-Zdroju, by… napić się wody (wybaczcie mi ten sarkazm, ale o pierwszej w nocy ludziom często dopisuje specyficzne poczucie humoru). W drodze powrotnej zaś postanowili porządnie się najeść w Chatce Górzystów – ach, jak ja Wam zazdroszczę tych naleśników…  Dzięki sprzyjającej pogodzie mogli ujrzeć w całej swojej okazałości Halę Izerską wraz z doliną rzeki Izery, Polanę Izerską oraz ścieżkę astronomiczną – model Układu Słonecznego.
Na koniec dnia, jak przystało na górskich wędrowników, miała miejsce kolejna integracja w schroniskowym bufecie przy dźwiękach gitary, wzbogacona tym razem grą w kalambury. Korzystając z okazji pozdrawiamy towarzystwo z Zielonej Góry (dziękujemy za śpiewnik!), Leszna, Warszawy, Wrocławia i Pniew!  - kto wie, może kiedyś zajrzą na naszego bloga. 
Niedziela to oczywiście jedna wielka podróż powrotna do Poznania (i znajome twarze harcerzy na wrocławskim dworcu). Aż żal wracać… Ale głowy do góry – za rok wymyślimy coś równie pasjonującego.


















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz